40 PZU MARATON WARSZAWSKI

by - października 01, 2018



Nawet nie wiem od czego zacząć, piszę i czuję, że jeszcze jestem w tej euforii po biegu. Mój trzeci maraton przeszedł do historii. 40 PZU MARATON WARSZAWSKI to nie tylko kolejny maraton na moim koncie, ale też mój pierwszy oficjalny bieg po Warszawie, oraz pierwszy maraton z pięciu wchodzący w Koronę Maratonów Polski. No dobrze, zatem zacznijmy od początku. 

Do Warszawy przyjechaliśmy w sobotę (29.09.18) bezpośrednio z Zakopanego, na miejsce tego samego dnia miała dojechać moja mama z bratem, oraz najwierniejsi przyjaciele Martynka i Jacek. Bardzo się stresowałam, ale to był pozytywny stres. Cieszyłam się, że jednak nie zrezygnowałam, a powiem Ci szczerze, że w głowie miałam takie myśli. Dlaczego? Pisałam o tym post, więc jeśli jeszcze nie zdążyłaś przeczytać (klik). Na dodatek moje kolejne obawy były związane z ostatnimi bardzo intensywnymi dniami w Tatrach, z których tak jak wspomniałam od razu wracaliśmy. W nogach po 5 dniach chodzenia po górach mieliśmy ponad 120km, a w niedzielę maraton. Czy to nie brzmiało jak istne szaleństwo? 

Miłość do maratonów jednak przezwyciężyła, podjęłam się wyzwania i przeszłam do spełniania kolejnego ze swoich marzeń. Tak, oficjalnie mogę powiedzieć - marzyłam o tym maratonie! 

Dopiero po godzinie 18 wybraliśmy się po odbiór pakietu startowego. Biuro zawodów znajdowało się w Pałacu Kultury i Nauki, jak dla mnie bomba, w końcu to najbardziej charakterystyczne miejsce w Warszawie. Klimat zbliżającego się maratonu czuć było już od samego wejścia do budynku. Wokół pełno ludzi, których łączy pasja jaką jest bieganie. Wyszukując swojego imienia i nazwiska na tablicy startujących już czułam się jak super bohaterka. 3848 - mój numer startowy. Wszystko byłoby idealne, gdyby nie to, że niestety koszulka techniczna, którą zamawiałam dodatkowo w pakiecie nie była już dostępna i jedyną opcją było dostarczenie jej pocztą, niestety już po maratonie. Zasmuciłam się, bo jednak lubię biegać w koszulkach zrobionych specjalnie na konkretny bieg. Byłam bardzo rozczarowana i zawiedziona, nie mogłam zrozumieć, jak to możliwe, że koszulki, które były zamawiane nie dojechały w odpowiedniej ilości. No trudno... za radą Artura starałam się znaleźć choć jeden pozytyw tej całej sytuacji. I znalazłam! Po pierwsze koszulka, w której pobiegnę zamiast tej technicznej będzie w kolorze pasującym do moich butów + na pewno przez żółty rażący kolor będzie łatwiej mnie wypatrzyć w tłumie maratończyków. Najwidoczniej tak musiało być! Zawsze po odbiorze pakietu kupuję na stoisku dwa żele, które rozpuszczam razem z wodą, do której dodaję również magnez i potas (taką mieszankę zawsze przygotowuję z samego rana i rozlewam do trzech małych buteleczek, które mam przyczepione do pasa). Pamiątkowe zdjęcie z pakietem też jest punktem obowiązkowym! 



Z Waszego polecenia po tych wszystkich "formalnościach" wybraliśmy się do włoskiej restauracji Vapiano, w końcu przed maratonem pasta party to kolejny must have. W smaku wszystkie z dań, które zamawialiśmy- rewelacja! Jedyne co to nas zniechęciło to zdecydowanie brak obsługi kelnerskiej, jednak jesteśmy zwolennikami standardowego systemu w restauracjach, ale jeśli szukacie dobrych makaronów, lub włoskiej cieniutkiej pizzy Vapiano jak najbardziej jest godne polecenia. Było naprawdę smacznie. 

Po 21:30 już starałam się położyć spać. Jak zazwyczaj nie mam problemów z zaśnięciem tak tym razem, ciężko było mi zasnąć- to wszystko przez te emocje, ale mimo to wyspałam się. 

Pobudka o 5:30. Lekkie śniadanie, kawa, prysznic. W nocy dojechała Martynka z Jackiem, rano wszyscy bardzo mnie wspierali, widzieli jak ważny to dzień dla mnie, czułam się tak bardzo dopieszczona. Skoro byliśmy już wszyscy w komplecie to nie pozostało nic innego jak ruszyć na miejsce startu. Tam szybka rozgrzewka i punkt 9 wyrwana z uścisków mamy i najbliższych ruszyłam. 

Pierwsze kilometry biegałam w totalnej euforii. Nie czułam tempa, czułam adrenalinę, podekscytowanie, w końcu to mój pierwszy bieg w stolicy, na dodatek maraton. Na około 6 kilometrze zbiłam piątkę z swoją ekipą wsparcia (mama, Artur, Kuba, Martynka, Jacek, no i właśnie Zuza, która również przyjechała specjalnie aż z Krakowa, nie wierzyłam jak ją zobaczyłam). Każde zbicie piątki z kibicami było kolejną dawką energii. To jest właśnie magia biegów zorganizowanych i dopingu. Ludzie mimo tego, że cię nie znają kibicują, zbijają piątki, krzyczą. Nie tylko kibice tworzą ten cały klimat, bo jednak wsparcie od osób biegnących również bije na całej trasie. I to właśnie jest w tym wszystkim najpiękniejsze. Pasja po prostu łączy ludzi. 

Biegłam luźno, przed startem powiedziałam sobie, że co ma być to będzie. W głowie przebijała się gdzieś myśl, by po prostu zmieścić się w 4 godzinach, ale mimo wszystko starałam się kompletnie nie zwracać uwagi na czas. Obserwowałam to co dzieje się dookoła, a uwierz mi działo się. Widziałam mężczyznę biegnącego boso, ludzi przebranych w przeróżne ciekawe stroje, mnóstwo banerów z super motywującymi tekstami. Było na co popatrzeć. 

Na 10, 15, 20, 25, 30 i 35 kilometrze wypijałam swoje mikstury z buteleczek. Na trasie nie jadłam, nigdy nie mam zwyczaju sięgania po jedzenie w trakcie biegu, a eksperymentowanie na maratonie na pewno nie byłoby niczym rozsądnym. 

19 kilometr i kolejne zbicie piąteczek z moją ekipą. Widziałam po ich twarzach, że przeżywają ten bieg równie mocno jak ja. Za każdym razem, gdy zbijałam z nimi piątki miałam łzy szczęścia w oczach. Wiedziałam, że nie jestem sama, że oni czekają na mnie i wierzą, że mam tę moc! Dzięki nim i ja wierzyłam w swoje możliwości. 

Na 28 kilometrze pomyślałam sobie, że gdybym biegła półmaraton to już 7 kilometrów temu bym skończyła, a ja biegnę dalej. Cieszyłam się jak beztroskie dziecko, że mam taką możliwość, że nogi nie odmawiają posłuszeństwa, a ja biegnę, bo to kocham. Tak- zdecydowanie mogę powiedzieć, że kocham bieganie, ale jeśli obserwujesz mnie już dłużej to na pewno zdążyłaś to zauważyć. 

35 kilometr, a ja dopiero zaczynam dopuszczać do siebie myśl, że niestety zaraz to koniec. Niestety, bo jednak tyle czasu czekałam na ten bieg, ale jak to się mówi wszystko co dobre, szybko się kończy. Te kolejne 7 kilometrów i 195 metrów zleciały jak za pstryknięciem palca. A gdy w oddali widziałam metę czułam tak ogromną satysfakcję, spełnienie, że to jest nie do opisania. To po prostu trzeba przeżyć. 

Po przekroczeniu mety zaczęłam się śmiać i płakać, widziałam moich przyjaciół, rodzinę, więc jak najszybciej przeszłam przez wszystkie strefy, odebrałam medal, pocałowałam swoją zdobycz, podziękowałam za to co mogłam przeżyć i ruszyłam im na przeciw. Mama płakała, a jej łzy sprawiły, że i ja popuściłam kilka kolejnych łez szczęścia. Cała morka, wymęczona przytuliłam każdego z osobna i nie wierzyłam, że to już! 



Piękne to uczucie, kiedy spełni się jedno ze swoich marzeń. Maraton ukończyłam z czasem 3:51:19. Zapamiętam go na pewno do końca życia. Jeśli kiedykolwiek odważyłaś się marzyć o czymś, to nie bój się i próbuj. Kto nie próbuje, ten nie wie jak smakuje zwycięstwo. Ja wygrałam sama ze sobą.  Maraton to spory dystans i rzeczywiście coś w tym jest, że przeżywanie maratonu to wielka sprawa. Przez te prawie 4 godziny w mojej głowie przewinęły się setki jak nie tysiące myśli, miałam czas by pewne sprawy pozamykać,   oraz dać innym wejść do mojego życia. To był zdecydowanie jeden z piękniejszych momentów w moim życiu. 



Na pytanie, kiedy kolejny maraton odpowiem Ci, że na pewno kolejne dwa w przyszłym roku. Także do zobaczenia niebawem królewski dystansie. 

Twoja Pauli #idacprzedsiebie



Sprawdź moje inne posty!

13 komentarze

  1. Piękny post! Aż mi stanęła łezka w oku, potrafisz niesamowicie przelać emocje na papier!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, to jest tak, że ja naprawdę piszę prosto z serca. Dziękuję za taki miły komentarz, dałaś mi kopa! ❤️

      Usuń
  2. Gratuluję!! Sama mam zamiar przebiec maraton za 1,5 roku, ale mój mężczyzna ma już jeden na koncie i wiem ile wkłada to pracy i serca. Wsparcie bliskich to coś cudownego i na pewno jest ono bardzo potrzebne! Super, że masz tyle przyjaciół, wspaniałą rodzinkę. Trzymam za Ciebie kciuki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wsparcie bliskich to zdecydowanie coś niezastąpionego, trzymam kciuki za Ciebie i Twój start. Jestem pewna, że zrealizujesz to co sobie postanowiłaś. Gratulacje dla Twojej drugiej połówki za pokonanie dystansu, teraz Twoja kolej.

      Usuń
  3. Z całego serca, gratuluje :) czytając miałam łzy w oczach, mój pierwszy półmaraton za mną przede mną marzenie o maratonie, dzięki Tobie uwierzyłam, że wszystko w życiu jest możliwe. Dziękuję i jeszcze raz gratuluje :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdzie planujesz półmaraton i kiedy, będę trzymać za Ciebie kciuki. Pamiętaj, że marzenia się nie spełniają, marzenia się SPEŁNIA!!! Wszystko przed Tobą. :)

      Usuń
  4. Tyle emocji i tyle radości, a to wszystko za sprawą jednego wydarzenia ❤️ Spisałaś się na medal Pauli🏆🥇👍🏻 mi też marzy się ten królewski dystans, ale jeszcze nie teraz- chce go przebiec z dumą, a nie przejść. Na razie półmaratony sprawiają mi dużo frajdy i wyzwań, a przecież to jest najważniejsze :) nie warto zabiegać się „na śmierć” wbiegając na metę, wiem, że czas na maraton jeszcze nadejdzie :) póki co w planach korona półmaratonów, a Tobie życzę powodzenia i miłego zwiedzania Milanu ✋😄💝

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cudowne plany, jakie półmaratonu wybrałaś do korony? Masz zdecydowanie rację, nie ma co na siłę się zajeżdżać. Na wszystko jest odpowiednia pora. ❤️ Grunt to nie zatracać się w tym wszystkim i czerpać radość z pasji.

      Usuń
    2. własnie jeszcze chyba nie ma rozpiski na przyszły rok, chyba, że źle szukam :P

      Usuń
  5. Super post, a miny Kuby jak zawsze bezcenne haha

    OdpowiedzUsuń