ja

26-godzinna podróż, tripem życia

By Paulina Zaborowska - sierpnia 20, 2017


Od dawna z Arturem wiedzieliśmy, że 17 sierpnia wybieramy się na specjalną okazję do Dublina. Miałam zostać chrzestną swojej kuzynki- Zuzi. Piszę do Was post, kiedy tak naprawdę sprawa jest jeszcze, jakby to ująć- świeża. A jeśli już się tu pojawi, to będzie oznaczało tylko jedno, że dojechaliśmy szczęśliwie i zapewne ja już wyszłam biegać, a Artur wcina regeneracyjne ciasto. 

W tej chwili Artur śpi na siedząco podczas podróży stena line, a ja stukam w klawiaturę próbując wszystko ubrać w słowa.

Zacznijmy od początku…

Bilety bezpośrednie do Dublina z Gdańska były szalenie drogie, zatem szukaliśmy tańszej opcji na podróż samolotem. I znaleźliśmy, Gdańsk- Leeds a następnie 2 godzinna przesiadka i Leeds - Dublin. Plan brzmiał idealnie, cena też zachęcała, więc czemu by nie skorzystać? 



Sobotnie końcowe pakowanie i odprawa na lotnisku poszła całkiem sprawnie. Nawet nie piszczeliśmy nigdzie na bramkach, a kontrola paszportowa była całkiem przyjazna. Ustawiając się w kolejce do odpowiedniego gate’u zrobiło się małe zamieszanie, ludzie wspominali, że samolot z Leeds jest opóźniony, a kolejne informacje będą podane dopiero o 15. Czekamy- stwierdziliśmy. Jednak długo nie musieliśmy czekać, dostaliśmy po kilkunastu minutach sms’a, że niestety wylot z Gdańska do Leeds opóźni się sporo, bo zamiast o 14:50 powinniśmy wylecieć o 20:25. Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że o tej porze powinniśmy już dawno jechać do domu mojej mamy z lotniska w Dublinie. To oznaczało tylko jedno- samolot z Leeds do Dublina, na którego mieliśmy bilety poleci bez nas, a my musimy szukać innej alternatywy. 

Szczerze? Ja w pierwszej chwili byłam przerażona i nie wiedziałam co powinniśmy zrobić. Wszystkie loty na najbliższe dni do Dublina, albo był w kosmicznej cenie, albo po prostu wszystko było wyprzedane. Na szczęście mam bardzo zaradnego partnera - Artur został bohaterem i przewodnikiem w jednej osobie. I przekonując mnie, że poradzimy sobie, wynalazł inną opcję podróży. Która oczywiście będzie wymagała od nas sporego nakładu energii. Zapewniał mnie, że to będzie na pewno fajna przygoda, a razem sobie poradzimy. W końcu we dwójkę podróżuje się raźniej. I tym oto sposobem zdecydowaliśmy się i czekaliśmy na swój lot do Leeds. 

Spóźnialski samolot przyleciał, szybko zapakowano nas na pokład. Był niestety jeden problem, mieliśmy oddzielne miejsca z Arturem, ale na szczęście okazało się, że jedno z miejsc przy mnie jest wolne, więc Artur zaraz po tym, gdy można było spokojnie dreptać po samolocie przyszedł do mnie. Od razu czułam się bezpieczniej i zasnęłam. 



Pierwszy lot minął mi naprawdę błyskawicznie. Wylądowaliśmy w Leeds około 22 angielskiego czasu. I mieliśmy 51 minut do autobusu, który dostarczyłby nas na dworzec główny w Leeds. Udało się, dotarliśmy na dworzec, kupiliśmy bilety kolejowe i stwierdziliśmy, że przez te 3 wolne godziny pochodzimy sobie po mieście, żeby chociaż zobaczyć jak wygląda późną porą. Niby czwartek, a same imprezy, pijani ludzie. No nic, Leeds nie zachwyciło nas. Porobiliśmy trochę kroków i doczekaliśmy się swojego pociągu, Leeds - Manchester. Tam tak samo zwiedzanie nocną porą, ale było na pewno spokojniej i wydawało się być bezpieczniej. Jestem pewna, że jeszcze tam wrócimy. W końcu mój Artur to zapalony kibic Manchester United, a jak na takiego kibica przystało chciałoby się zobaczyć chociaż ich stadion. Kolejne 3 godziny przerwy w podróży spędziliśmy rozglądając się po okolicy. No i kolejny pociąg (ostatni) z Manchester’u do Holyhead, gdzie mieliśmy dosłownie 30 min, by zapakować się na stenę, na której obecnie się znajdujemy. 



Płyniemy i czekamy, kiedy nasza podróż dobiegnie końca. Fakt może nie jesteśmy wypoczęci, ale na pewno szczęśliwi, że tak naprawdę już niedługo nasza META. A przecież moment wbiegania na metę jest najpiękniejszy, prawda? Mimo przeciwieństw losu, nieprzespanej nocy, dotrzemy na miejsce. 



Ta historia otworzyła mi oczy na dwie sprawy. Pierwsza - nigdy nie jesteśmy pewni w 100% czy wszystko pójdzie tak jakbyśmy chcieli. Druga - w sytuacjach, gdzie jesteś przekonana, że nie ma wyjścia i najchętniej cofnęłabyś się i poddała, należy poszerzyć swoje pole widzenia i mimo wszystko iść w stronę tej naszej „mety” do samego końca. Aaaaa i jest jeszcze trzecia sprawa - samotne podróże nie są dla mnie, z Arturem zawsze jest najlepiej. 







Wasza Pauli :)

  • Podziel się:

Może Ci się także spodobać

2 komentarze

  1. Podziwiam niesamowicie za wytrwałość, podróże niestety często się niespodziewanie komplikują.. Najważniejsze, że dotarliście bezpiecznie na miejsce i wszystko się ułożyło :)

    OdpowiedzUsuń