PKO Poznań Półmaraton

by - maja 26, 2017

Hej! Przywitam się do po tak długiej przerwie. Mam nadzieję, że jesteś tu dalej zemną. Obiecuję, że już nigdy na tak długo nie przestanę pisać. Tyle czasu minęło, kilka półmaratonów za mną, oraz MARATON - ale o tym to napiszę kolejny post. 

W tym roku, aby tradycji stało się zadość, nie mogło mnie zabraknąć na półmaratonie w Poznaniu. 
PKO Poznań Półmaraton odbył się 26 marca 2017 roku. Już od dawna miałam zaznaczoną tą datę w kalendarzu i wiedziałam, że po prostu muszę tam być. Muszę, ale i też chcę.

Dlaczego? W zeszłym roku pojechałam tam specjalnie, by towarzyszyć Martynce podczas jej debiutanckiej połówki. Chciałam, by ta chwila dla niej była równie piękna jak mój pierwszy półmaraton w Gdyni. Najlepsze w tym wszystkim było to, że Martyny nigdy wcześniej nie widziałam. Znałyśmy się jedynie z kont na instagramie. Wymieniałyśmy się wiadomościami i to właśnie tam nawiązałyśmy wspólną nić przyjaźni. I teraz niech nikt mi nie mówi, że w dzisiejszej dobie internetu nie ma ludzi szczerych! Są! Trzeba tylko umiejętnie szukać. 


Ale wróćmy do tegorocznego półmaratonu... 
Półmaraton miał być w niedzielę, dlatego w sobotę pod wieczór z Arturem wsieliśmy w pociąg jadący z Gdyni Głównej do Poznania. Na miejscu odebrała nas Martynka z Jackiem i jego bratem, który również miał następnego dnia startować. Zostaliśmy ugoszczeni własnoręcznie robioną przez Jacka pizzą, oraz przepyszną tartą. To było niebo! Oczywiście nie potrafiliśmy wcześniej położyć się spać, emocje sięgały zenitu, a my tak długo się nie widzieliśmy. Jednak trzeba było sięgnąć po rozsądek- przecież jutro biegniemy nie byle jaki półmaraton.


Dzień startu! 
Wstaliśmy o 7 rano, szybko wcisnęliśmy porcję bananów i ruszyliśmy na start. Artur z Jackiem mieli za zadanie złapać nas gdzieś podczas biegu, by strzelić nam pamiątkową fotkę- więc mieli również bardzo poważne zadanie. Ja, Martynka i Wojtek rozdzieliliśmy się i poszliśmy na swoje strefy startowe. Ja mimo wszystko wiedziałam, że ten półmaraton to nie jest czas na życiówkę, ponieważ za dwa tygodnie miałam biec swój pierwszy maraton, wolałam trochę się oszczędzić. Sam start i trasę uważam za ciekawą. Dwa podbiegi wg mnie w miarę znośne, no i wszędzie tłumy kibiców! Naprawdę Poznań może się szczycić swoimi kibicami, bo dają radę!

Co do pogody to nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciepło. Startowaliśmy o 9 rano, a już od 10 czuć było, że promienie słoneczne, chcą tylko pokrzyżować nam plany, by dobiec w miarę na siłach. Dało się je odczuć, ale tego nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć. 

Punkty odżywcze i woda była bardzo często, co sprawiło, że biegło się naprawdę komfortowo. Bez obaw o to, że w chwilach kryzysu zabraknie nam energii. PKO - spisaliście się na medal. 



Czas na metę! I tu zapiera mi dech w piersiach, jak tylko przypomnę sobie, że niespodziewanie meta była w środku. I nie była ona byle jaka. To chyba jedna z najpiękniejszych met na jakie mogłam na razie wbiegać. Targi Poznańskie i wnętrze z czerwonym dywanem, oświetleniem sprawiało, że każdy mógł poczuć się jak zwycięzca. Muzyka, doping, ekrany z ciekawymi wideo. Po prostu rewelacja! Nie spodziewałam się takiego szału i do tej pory wspominam moment przekroczenia poznańskiej mety. Mam nadzieję, że w następnym roku również będzie mi dane być finisherką tego półmaratonu. 

Medal? Elegancki, ciężki i dość spory, czyli taki jak lubię. Każdy po odebraniu medalu dostał również pamiątkową różę, oraz mógł posilić się przygotowanymi owocami, izotonikiem lub wodą. Dla wszystkich wystarczyło. 

Mój czas? 1:40:09 nie jest źle, ale to nie był bieg na 100% możliwości. Czas na życiówki jest przeznaczony na inne półmaratony. A tych w planach jeszcze wiele. 


Wasza Pauli




Sprawdź moje inne posty!

1 komentarze