ONICO Gdynia Półmaraton

by - marca 27, 2017

Sezon 2017 i pierwszy start w półmaratonie padł na jak zwykle niezawodną Gdynię. Chcesz wiedzieć   coś więcej? Opowiem Ci! 

19.03.2017 - wyjątkowa data! W momencie pierwszego ogłoszenia, że półmaraton w Gdyni odbędzie się w marcu wiedziałam, że muszę w nim wystartować. To idealny czas, by sprawdzić, czy treningi podczas sezonu zimowego przyniosły oczekiwane rezultaty. Dodatkowym plusem tego półmaratonu było to, że wliczał się on do Korony Polskich Półmaratonów, co dodało jeszcze większej ekscytacji do myśli o samym starcie. 

Mieszkam 20km od Gdyni i nie wyobrażałam sobie żeby mogło mnie zabraknąć na tak wyjątkowym biegu. Z resztą swój pierwszy oficjalny półmaraton przebiegłam właśnie tam, dokładnie rok temu. Wtedy ukończyłam go w czasie 1:56:57. Pamiętam jaka byłam szczęśliwa, pierwszy półmaraton i to niżej dwóch godzin. Aby tradycji stało się zadość pobiegłam i w tym roku. 

A tutaj moje pamiątkowe zdjęcie z zeszłorocznego półmaratonu: 


Ale dziś mowa o tegorocznym półmaratonie. Dzień wcześniej odebrałam pakiet, odbiór pakietów znajdował się w Gdynia Arena, gdzie nie tylko można było odebrać swój numer startowy i koszulkę, ale również "strzelić" sobie fotkę, przebiec dodatkowe kilometry na bieżni, przeznaczone na cele charytatywne, oraz pooglądać co fajnego dla biegaczy jest na stanowiskach, gdzie można było coś kupić. 

Pakiet startowy zawierał numer startowy, pamiątkowy plecak z napisem Onico Gdynia Półmaraton, oraz kilka broszur o Gdyni i kolejnych ciekawych biegach. Niestety nie było tam koszulki zaprojektowanej od New Balance. Jednak istniała możliwość dokupienia jej przy zakupie pakietu. Ja nie mogłam sobie tego odmówić, uwielbiam koszulki biegowe, to kolejna z pięknych pamiątek jakie zostają po każdym z nich. 


Na hali widowiskowo sportowej miałam okazję spotkać się z jedną z moich instagramowych motywatorek, które mnie inspirują. Małgorzata Kotowicz to cudowna młoda kobieta, naprawdę. Byłam przeszczęśliwa, że mogłam z nią porozmawiać, przytulić i podziękować za to, że każdego dnia jest inspiracją i motywacją dla mojej osobie. Jeśli to czytasz Gosiu - to jeszcze raz dziękuję za spotkanie i mam nadzieję, że nie raz pobiegniemy jeszcze razem! 

Pod wieczór zgodnie z zaleceniami mojego trenera wsunęłam dodatkową porcję makaronu i położyłam się spać, by rano z naładowanym glikogenem w mięśniach biec na życiówkę. Rano stresowałam się bardzo, jak przed każdym biegiem. Nie byłam pewna, czy dam radę. Na dodatek pogoda nie była łaskawa, wiało, słoneczko chowało się za chmury, a stres im bliżej do startu- narastał. Na szczęście był przy mnie mój najwierniejszy kibic- Artur. Razem dojechaliśmy do Gdyni, znalazłam swoją strefę startową B1. I podekscytowana z około 6 000 biegaczy, ruszyłam na podbój Gdyni. 




Pierwsze kilometry i od razu starcie z podbiegiem - ulica Świętojańska. Jednak mówiąc szczerze, nawet się nie obejrzałam, a pierwszy podbieg miałam za sobą i to w nienagannym tempie. Kolejne kilometry w kierunku Gdynia Arena i stadionu Arki, oraz pierwsze mijanki z prowadzącymi biegaczami. Zawsze jestem pod wrażeniem, gdy mijam tych rekordzistów, podziwiam ich z całego serca. Gdy tylko biegł Polak lub Polka z prowadzących klaskałam im, krzycząc "Brawo!!!" . Zasługiwali na to! 


Pierwsza dycha (10km) zaraz przy dworcu Głównym w Gdyni, spojrzałam na zegarek i widziałam, że zeszłam poniżej 45 minut (co było moją dotychczasową życiówką) i tu poczułam tak zwany "wiatr w żaglach" czułam, że mogę więcej. Biegłam dalej, kolejny podbieg w stronę Estakady Eugeniusza Kwiatkowskiego dało się odczuć, ale to nie koniec... będzie jeszcze kolejny- pomyślałam. I tak dobiegliśmy do kolejnego zdobycia Świętojańskiej. W połowie drogi czekał tam na mnie Artur. Przybiłam mu piątkę i biegłam dalej. Takie momenty są najcudowniejsze podczas biegu. Naprawdę, spotkanie na trasie bliskich osób dodaje Ci sto razy więcej energii. Dzięki temu na kilometrowym podbiegu nie zwolniłam, a dałam z siebie wszystko. Dziękuję Arturze, że zawsze jesteś ze mną! 

Zbieg i Bulwar Nadmorski w Gdyni. Lepszego miejsca na finish nie można sobie wymarzyć. Widok morskich krajobrazów zawsze zapiera mi dech w piersiach. Uczucie nie do opisania, coś fenomenalnego. 

Ostatni kilometr był dla mnie punktem kulminacyjnym, czułam, że naprawdę daję z siebie 120%, ale dobiegłam! 

Czas 1:36:34 !!!


Na mecie czekał na mnie Artur z bluzą w pogotowiu, odebrałam medal i wyczekiwałam jeszcze wbiegającej Gosi, która dobiegła kilkanaście minut po mnie. Chciałam koniecznie przybić jej piątkę, zrobić pamiątkowe zdjęcie i jeszcze chwilę porozmawiać. Udało się! 

Godzinę później wracaliśmy do domu, a ja z niedowierzaniem przyglądałam się swojemu kolejnemu medalowi, wspominając jak było cudownie. 

Organizacja biegu - ekstra, trasa- rewelacja. A wspomnienia- pierwsza klasa. Czy można chcieć więcej? 

Wasza Pauli


Sprawdź moje inne posty!

2 komentarze