Do biegu, gotowi, start- sezon 2017 wystartował.

by - lutego 12, 2017




Od grudnia czekałam na ten dzień. Zaraz po Półmaratonie Mikołajów w Toruniu wiedziałam, że moim kolejnym startem będzie pierwszy z czterech biegów w Grand Prix Gdyni- Bieg Urodzinowy. 

Jeśli śledzisz mnie również na instagramie i snapie, zapewne wiesz, że od środy, czyli 4 dni przed startem rozchorowałam się. Dopadła mnie okropna świnka, która zdyskwalifikowała mnie z trenowania przez 4 dni. Na początku czułam się okropnie. Tak koszmarnie brakowało mi aktywności, miałam poczucie winy, że nic nie robię, chociaż wiedziałam, że po prostu nie dam rady niczego zrobić. Aktywność została zdecydowanie zakazana przez moją panią doktor, musiałam być posłuszna, ale czy byłam? Nie do końca. Ciągle znajdowałam sobie zajęcie. A to wysprzątałam mieszkanie, poukładałam w szafkach, zrobiłam przegląd mojej makulatury, poukładałam ciuchy w szafie, naprawdę musisz uwierzyć mi na słowo robiłam wszystko, by tylko nie leżeć w łóżku. Niestety kolejnego dnia odbiło się to na mnie, w taki sposób, że musiałam po południu położyć się spać i odpocząć chociaż na 4 godziny, bo czułam, że zaraz zejdę. Głowa pękała, opuchlizna robiła się większa i większa, a ja nie dość, że psychicznie czułam się źle to jeszcze fizycznie nie miałam siły chwycić nawet czegokolwiek do ręki. 

Sen jednak okazał się lekiem na całe dotychczasowe zło i świnkę, kolejny dzień był lepszy, następny również, aż do dziś. 

12 luty w końcu... 
Mimo choroby postanowiłam wystartować, nie darowałabym chyba sobie tego, że nie będę miała wszystkich 4 medali z Grand Prix Gdyni 2017. 

Nie potrafię spać długo, nawet podczas choroby, dlatego wstałam o 7 rano. O 8:30 z Arturem mieliśmy wyjeżdżać do Gdyni, by na spokojnie zdążyć na bieg, który startował o 10. Miałam zrobić sobie na Skwerze spokojną rozgrzewkę, następnie stanąć na swojej strefie startowej i ruszyć wraz z tłumem innych biegaczy. 

Niestety przed wyjściem z domu nie mogłam znaleźć, odebranego dzień wcześniej przez Artura, mojego pakietu startowego z numerem i chipem. Czas leciał, a ja przewróciłam dom do góry nogami, by tylko odnaleźć zawieruszony gdzieś pakiet. Przez nerwy i łzy w oczach przekładałam wszystkie rzeczy i szukałam go jak szalona. 9:20, a ja pełna zwątpienia, zrezygnowania i złości na siebie samą dalej szukałam pakietu... gdy nagle babcia postanowiła przeszukać  (uwaga, może Ci się wydać to śmieszne) nasz kosz na śmieci. I wiesz co? Była tam koperta z numerem i chipem. Do tej pory nie potrafię wyjaśnić, dlaczego znalazło się to akurat w tym miejscu. 


Chwyciłam pakiet i razem z Arturem ruszyliśmy autem do Gdyni. Artur uspokajał mnie, że zdążymy, gdyby nie to, że 5 km od domu, z niewiadomych przyczyn zgasło nam auto (w sumie to Artur wie co było powodem tego zdarzenia, ale przez to, że ja nie mam wiedzy mechanicznej nie będę się na ten temat wypowiadać). 

Było grubo po 9:30, a my nie dość, że nie byliśmy w Gdyni to nie mogliśmy również dalej jechać... W tej chwili poziom mojego zrezygnowania chyba sięgał zenitu, jednak Artur nie dał za wygraną. Wyskoczył z auta, zatrzymał pierwszego przejeżdżającego kierowcę i poprosił o pomoc, by dowieźć mnie do Gdyni. Trafiliśmy akurat na przesympatyczną panią, która wzięła mnie "pod swoje skrzydła" i dowiozła do miejsca, gdzie następnie zgarnął mnie Artur, który w szybkim tempie sprawił, że auto jednak ruszyło i "gonił" nas, by móc mnie "przejąć" i podrzucić na miejsce biegu.

Pięć minut do startu, wyskoczyłam w z auta w miejscu, do którego jedynie mogliśmy dojechać, bo niestety, przed biegiem część tras jest wyłączona z ruchu. Biegłam na miejsce startu i udało się, trafiłam nawet na swoją strefę czasową. 

Podczas biegu czułam poranny stres, oraz osłabienie organizmu, ale mimo to byłam szczęśliwa. W końcu to pierwszy oficjalny bieg w tym roku, a ja tak długo na niego czekałam. Bieg minął mi w tak szybkim czasie, że nawet nie wiem, kiedy dobiegłam na metę, gdzie czekał na mnie mój najwierniejszy kibic - Artur. Mój czas netto to 47 minut 51 sekund, 40 miejsce w swojej kategorii wiekowej kobiet, oraz 88 w kategorii open kobiet. To chyba całkiem niezły wynik, jak na osłabienie i wcześniejsze przygody, prawda? 



Jedno wiem na pewno, nie żałuję! Wręcz przeciwnie czuję satysfakcję i spełnienie. I patrząc teraz na tą blaszkę myślę sobie - Pauli, dałaś radę! Powinnaś być z siebie dumna. 

PS. Dzięki tym przygodom od teraz będę pamiętać, by pakiet startowy i wszystkie inne potrzebne akcesoria będę przygotowywać dzień przed startem, tak by nie kusić losu i nie zrobić "powtórki z rozrywki". Mam nauczkę, czas wdrożyć wnioski w życie. Może i Ty wyniesiesz coś z mojego nieprzemyślanego, gapowatego postępowania. 

A Ty miałaś podobne przygody? Może masz też rady przed startami? Jeśli tak podziel się nimi, wyciągniemy razem wnioski i zachowamy sobie te cenne rady w serduchu. 

Wasza Pauli :)

Sprawdź moje inne posty!

2 komentarze

  1. Pauli, jesteś wielka <3 Ale to chyba był chichot losu :) Ten pakiet w koszu na śmieci :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana, kiedy jakiś nowy post ? :)

    OdpowiedzUsuń