Cześć Wam! Nazywam się...

Paulina Zaborowska

Biegam Ćwiczę Bloguję!

O mnie

Cześć

JestemPauli

Zakochana w zdrowym stylu życia wegetarianka.

Kocham aktywność fizyczną. Biegam, ćwiczę i od niedawna zaczęłam przygodę z siłownią. Wytrwale walczę o swoje marzenia, realizując się każdego dnia. Moim największym marzeniem jest dostanie się na studia medyczne, oraz wystartowanie w maju 2017r. w maratonie w Gdyni. Chcesz poznać mnie lepiej, szukasz motywacji, bądź jesteś tak samo wkręconą osobą w FIT LIFESTYLE jak ja? Dobry wybór - to blog właśnie dla Ciebie..

Najbliższe biegi

Philips Półmaraton

03.09.2017

Cracovia Półmaraton Królewski

15.10.2017

Bieg Lechitów-Gniezno

17.09.2017

Festiwal Biegowy PKO

21.05.2017

Moje cele

Korona Półmaratonów

Drugi Maraton

STAY VEGE!

Wymarzone studia medyczne

ŻYCIÓWKA NA PÓŁMARATONIE

ŻYCIÓWKA NA 10KM

1

Maratony

10

Półmaratony

557

Liczba treningów

5581

Łączny dystans biegów

Moje posty

Półmaraton Philipsa - Piła 2017


Trzeci z pięciu półmaratonów zaliczonych do Korony Półmaratonów Polski za mną. Padło na Piłę. To nie pierwszy start w Pile i na pewno nie ostatni. Dlaczego? 

Po pierwsze TRASA 
Na pewno jedna z łagodniejszych, które biegłam. Wzniesienia delikatne, podbiegi znikome. Naprawdę można tu poszaleć. Zdecydowanie polecam ten półmaraton osobom startującym po raz pierwszy w zorganizowanym biegu na takim dystansie. Podbiegi nie zaskoczą i nie zabiją na pierwszych kilometrach. Tu się frunie. Naprawdę. Aczkolwiek trasa trochę zapętlona, ale jak dla mnie super zorganizowana, ponieważ mimo tego, że kilka razy przebiegaliśmy w podobnych, a nawet tych samych miejscach, nie nudziłam się. Popatrz sama, trasa wyglądała tak ... (klik)

Po drugie TERMIN
Początek września, godzina 11:00 i oficjalny start. Już drugi raz miałam okazję biec w tym terminie i pogoda nigdy nie zawiodła. Ani nie było za gorąco, ani za zimno. Mimo tego, że zanosiło się na deszcz, nie padało. A wiatr nie wiał w twarz (no może miejscami, ale też chwilowo). 

Po trzecie ATMOSFERA
W zeszłym roku przyjechałam tu, by wystartować u boku Martynki, dziś przyjechałyśmy tu razem. Spędziłyśmy cudowny weekend razem. Sobotę rozpoczęłyśmy porannym lekkim biegiem, a niedzielę zakończyłyśmy wspólnym startem. Na pewno ten bieg będę darzyła dużym sentymentem, bo tak jak w zeszłym roku biegło nam się dobrze, a w tym roku Martynka nawet wykręciła cudną życiówkę. Sama organizacja biegu w Pile jak najbardziej na plus. Wszystko na miejscu, odbiór pakietów bez żadnych komplikacji, stacje z wodą w odpowiednich miejscach i ten doping. 

W tym roku biegłam tu czysto treningowo i mimo tego, że głowa chciała wykręcić czas skończyło się na rozsądku. 1:41:42 , 23 kobieta w K20. I tak całkiem nieźle. 


Do zobaczenia za rok! 

26-godzinna podróż, tripem życia


Od dawna z Arturem wiedzieliśmy, że 17 sierpnia wybieramy się na specjalną okazję do Dublina. Miałam zostać chrzestną swojej kuzynki- Zuzi. Piszę do Was post, kiedy tak naprawdę sprawa jest jeszcze, jakby to ująć- świeża. A jeśli już się tu pojawi, to będzie oznaczało tylko jedno, że dojechaliśmy szczęśliwie i zapewne ja już wyszłam biegać, a Artur wcina regeneracyjne ciasto. 

W tej chwili Artur śpi na siedząco podczas podróży stena line, a ja stukam w klawiaturę próbując wszystko ubrać w słowa.

Zacznijmy od początku…

Bilety bezpośrednie do Dublina z Gdańska były szalenie drogie, zatem szukaliśmy tańszej opcji na podróż samolotem. I znaleźliśmy, Gdańsk- Leeds a następnie 2 godzinna przesiadka i Leeds - Dublin. Plan brzmiał idealnie, cena też zachęcała, więc czemu by nie skorzystać? 



Sobotnie końcowe pakowanie i odprawa na lotnisku poszła całkiem sprawnie. Nawet nie piszczeliśmy nigdzie na bramkach, a kontrola paszportowa była całkiem przyjazna. Ustawiając się w kolejce do odpowiedniego gate’u zrobiło się małe zamieszanie, ludzie wspominali, że samolot z Leeds jest opóźniony, a kolejne informacje będą podane dopiero o 15. Czekamy- stwierdziliśmy. Jednak długo nie musieliśmy czekać, dostaliśmy po kilkunastu minutach sms’a, że niestety wylot z Gdańska do Leeds opóźni się sporo, bo zamiast o 14:50 powinniśmy wylecieć o 20:25. Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że o tej porze powinniśmy już dawno jechać do domu mojej mamy z lotniska w Dublinie. To oznaczało tylko jedno- samolot z Leeds do Dublina, na którego mieliśmy bilety poleci bez nas, a my musimy szukać innej alternatywy. 

Szczerze? Ja w pierwszej chwili byłam przerażona i nie wiedziałam co powinniśmy zrobić. Wszystkie loty na najbliższe dni do Dublina, albo był w kosmicznej cenie, albo po prostu wszystko było wyprzedane. Na szczęście mam bardzo zaradnego partnera - Artur został bohaterem i przewodnikiem w jednej osobie. I przekonując mnie, że poradzimy sobie, wynalazł inną opcję podróży. Która oczywiście będzie wymagała od nas sporego nakładu energii. Zapewniał mnie, że to będzie na pewno fajna przygoda, a razem sobie poradzimy. W końcu we dwójkę podróżuje się raźniej. I tym oto sposobem zdecydowaliśmy się i czekaliśmy na swój lot do Leeds. 

Spóźnialski samolot przyleciał, szybko zapakowano nas na pokład. Był niestety jeden problem, mieliśmy oddzielne miejsca z Arturem, ale na szczęście okazało się, że jedno z miejsc przy mnie jest wolne, więc Artur zaraz po tym, gdy można było spokojnie dreptać po samolocie przyszedł do mnie. Od razu czułam się bezpieczniej i zasnęłam. 



Pierwszy lot minął mi naprawdę błyskawicznie. Wylądowaliśmy w Leeds około 22 angielskiego czasu. I mieliśmy 51 minut do autobusu, który dostarczyłby nas na dworzec główny w Leeds. Udało się, dotarliśmy na dworzec, kupiliśmy bilety kolejowe i stwierdziliśmy, że przez te 3 wolne godziny pochodzimy sobie po mieście, żeby chociaż zobaczyć jak wygląda późną porą. Niby czwartek, a same imprezy, pijani ludzie. No nic, Leeds nie zachwyciło nas. Porobiliśmy trochę kroków i doczekaliśmy się swojego pociągu, Leeds - Manchester. Tam tak samo zwiedzanie nocną porą, ale było na pewno spokojniej i wydawało się być bezpieczniej. Jestem pewna, że jeszcze tam wrócimy. W końcu mój Artur to zapalony kibic Manchester United, a jak na takiego kibica przystało chciałoby się zobaczyć chociaż ich stadion. Kolejne 3 godziny przerwy w podróży spędziliśmy rozglądając się po okolicy. No i kolejny pociąg (ostatni) z Manchester’u do Holyhead, gdzie mieliśmy dosłownie 30 min, by zapakować się na stenę, na której obecnie się znajdujemy. 



Płyniemy i czekamy, kiedy nasza podróż dobiegnie końca. Fakt może nie jesteśmy wypoczęci, ale na pewno szczęśliwi, że tak naprawdę już niedługo nasza META. A przecież moment wbiegania na metę jest najpiękniejszy, prawda? Mimo przeciwieństw losu, nieprzespanej nocy, dotrzemy na miejsce. 



Ta historia otworzyła mi oczy na dwie sprawy. Pierwsza - nigdy nie jesteśmy pewni w 100% czy wszystko pójdzie tak jakbyśmy chcieli. Druga - w sytuacjach, gdzie jesteś przekonana, że nie ma wyjścia i najchętniej cofnęłabyś się i poddała, należy poszerzyć swoje pole widzenia i mimo wszystko iść w stronę tej naszej „mety” do samego końca. Aaaaa i jest jeszcze trzecia sprawa - samotne podróże nie są dla mnie, z Arturem zawsze jest najlepiej. 







Wasza Pauli :)

Mój Pierwszy Maraton rozdział drugi- start

Chyba najwyższa pora na kolejny rozdział odnośnie mojego pierwszego maratonu. Głęboki wdech, a teraz wydech. To na pewno jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. O przygotowaniach pisałam w poprzednim rozdziale. Gotowi, do biegu, start! 

Przyszedł ten dzień, na który czekałam rok. 9 kwietnia 2017! Do końca życia zapamiętam tę datę. Kilka dni przed samym startem przyjechała do mnie moja Ola. Duchowa siostra, razem dorastałyśmy i mimo tego, że jesteśmy kompletnymi przeciwieństwami to mimo wszystko się przyciągamy i dogadujemy jak nikt inny. Mamy też specyficzny humor. Mogłabym o naszej przyjaźni napisać inny post. Chciałam tylko zwrócić uwagę na to, że nie tylko ja odliczałam dni do mojego debiutu. Wspierała mnie Ola, która przyjechała aż z Krakowa, Sebastian - licealny brat klasowy i przyjaciel, mama, która niestety nie mogła przylecieć, ale była ciągle na tzw. „łączach”, Artur, który każdego dnia wspierał mnie i codziennie pytał jaki trening na dziś, kiedy regeneracja itp. Wspierała mnie moja rodzina. Wspieraliście mnie WY! Wspierali mnie Piotr z Lelcią! Czułam , że mogę wszystko. Z takim zapleczem wiary we mnie można góry przenosić- naprawdę. Życzę każdemu takiego poczucia bezpieczeństwa i wsparcia. 

Wróćmy do tematu. A wracam już drugi raz…

PIĄTEK WIECZÓR razem z Olą odebrałyśmy pakiet startowy i dokumentowałyśmy wszystko w relacji na snapie. Oczywiście nie mogłyśmy spokojnie wrócić do domu. Wpadłyśmy na genialny pomysł wyjścia na spacer po plaży. I tym sposobem narobiłyśmy sporo kroków. Gdańsk Brzeźno, Sopot, Gdańsk Brzeźno. Widząc to Piotrek z Lelcią od razu zareagowali, dostałam przyzwolenie, a wręcz nakaz zjedzenia dodatkowej porcji żelków. Do tej pory smak żelków będzie kojarzył mim się głównie z maratonem. 

SOBOTA, dzień ograniczonej aktywności. Liczba kroków i wszystko według planu żywieniowego zostało dopięte na ostatni guzik. Sebastian odebrany z dworca. Wieczorna wspólna regeneracja przy filmach i grupowe wciąganie sporych ilości żelków to definicja soboty przed startem. Artur, Kuba, Ola, Sebastian i Bryan towarzyszyli mi i również „ładowali węglowodany”. 

NIEDZIELA=START!

Z podekscytowania nie mogłam spać, pobudka o 6 rano, koktajl, przygotowywanie butelek z magnezem, potasem, oraz rozwodnionym żelem, głęboki wdech, pożegnanie z Bryanem i ekipa ruszyła w stronę Gdańska. Po drodze kawa przed startem. I to miejsce Amber Expo Gdańsk, pełno biegaczy, muzyka w tle. Stres niesamowity. Rozciaganie, rozgrzewka i ten moment. Maszerując w kierunku swojej strefy startowej nie dowierzałam, że dzieje się to teraz. 

Pierwsza strefa startowa ruszyła, zaraz za nimi kolejna, aż przyszedł czas na mnie. Przekroczyłam linię startu. 

Pierwszy punkt stadion. Nigdy nie byłam tak blisko murawy, a tu biegłam przy niej. Pętla po stadionie, a zaraz po tym widok kibicujących mi przyjaciół. Artur, Ola, Sebastian i mój brat Kuba. Byłam taka szczęśliwa. I jeśli myślisz, że to była tylko chwila szczęścia, a później ból i cierpienie to z czystą ręką na sercu muszę Ci zaprzeczyć. Ja tak czułam się przez cały czas. Uśmiech nie znikał z mojej twarzy. 

Biegłam dalej…

Muzeum Solidarności, Starówka w Gdańsku i bieg Grunwaldzką od Zieleniaka przez praktycznie cały Gdańsk. Wiedziałam, na którym kilometrze wypić połowę jednej z moich buteleczek, przyczepionych do pasa (który Ola miała za ładunek wybuchowy). Wszystko robiłam naprawdę świadomie i spokojnie. Nie narzucałam sobie tempa, przy którym umierałabym już po kilku kilometrach. Po prostu nogi same mnie niosły. Na trasie spotkałam dwa razy swoją ekipę, Kamila z Dianą, oraz Lelcię z Piotrem. Przybijałam im wszystkim piątki i cieszyłam się, że są ze mną. Naprawdę byłam i do tej pory jestem wdzięczna im wszystkim. Być może znasz to uczucie kiedy biegniesz i widzisz na trasie osoby wspierające Cię. Wtedy jak za magicznym pstryknięciem w nogach masz dużo więcej siły niż miałaś do tej pory. Ja taki zastrzyk energii miałam co kilka kilometrów. 

Biegłam dalej…

Około 15km zadzwoniła przez przypadek do mnie mama, myślała, że dzwoni do Artura. To akurat było zabawne. Odebrałam i powiedziałam: „Mamo, Artur ma mój telefon, a ja jego, biegnę maraton. Nie mogę teraz rozmawiać!”. Maratończycy biegnący obok mnie uśmiechnęli się i żartem pytali co chciała mama. 

Biegłam dalej…

30 km, sporo biegaczy zwalnia, niektórzy zaczyną truchtać, maszerować, ja biegnę dalej. 33 km, a w moich nogach dalej ta sama siła, to samo tempo. Aż do mety!

Gdy wbiegaliśmy na teren Amber Expo i widziałam zakręt, z którego będę wbiegać do hali na swój czerwony dywan- nawet dałam radę przyśpieszyć. Czułam się jakbym wygrała życie! Czułam się zwycięzcą. Nie znam słów, by móc opisać to jak cudownie się czułam w tej chwili. Zaraz na mecie czekała Lelcia, która natychmiast mnie uściskała, oraz Piotr nagrywający mój finish. Odebrałam medal, przeżegnałam się i nie wierzyłam. Wyszłam ze strefy dla biegaczy, a tam czekali wszyscy, którzy kibicowali mi na trasie. Masa uśmiechu, prezentów, czułości, zdjęć i wymiana radości, to wszystko było z nami. 

Powiem Wam, że dla takich chwil warto żyć. To było wyjątkowe, piękne, majestatyczne. Tak jak wspomniałam DO KOŃCA ŻYCIA ZAPAMIĘTAM TEN DZIEŃ. 
Spełniłam swoje marzenie. 
Zawalczyłam i zwyciężyłam. 
Nie żałuję. 
Wręcz przeciwnie planuję kolejny start, być może w następnym roku. A wszystko po to, by znów poczuć się tak wspaniale, jak czułam się tego dnia. 
Ciąg dalszy nastąpi. W rozdziale trzecim będzie sporo o tym jak było po starcie, co się wydarzyło, co zmieniło, co zyskałam. 
Zapraszam niebawem
Wasza Maratonka Pauli

Mój Pierwszy Maraton rozdział pierwszy - decyzja i plan



Do napisania tego wpisu zbierałam się już od dłuższego czasu. Jednak lepiej jest  pisać sprawozdanie z biegów najlepiej tego samego dnia, lub maksymalnie kilka dni po. Zapamiętam na pewno. I będę pisać na bierząco. Postanowiłam jednak opisać swój pierwszy maraton w kilku postach. Pierwszy rozdział przed Wami. A w nim skąd wzięła się decyzja o starcie i opis moich przygotowań. 

MÓJ MARATON- marzenie i cel na 2017 rok. 
Pamiętam jak informacja o 1 Gdańsk Maraton wywierała na mnie ogromne wrażenie. Widziałam wielkie bilbordy rozwieszone po całym Trójmieście i myślałam " to musi być coś fenomenalnego!". Do dziś w pamięci mam sytuacje, gdzie szłam do fryzjera, patrzyłam na wielki plakat o maratonie, wyciągnęłam telefon i zrobiłam snapa, w którym napisałam, że za rok moja kolej. To chyba był ten moment, kiedy powiedziałam sobie, że podejmę się wyzwania. 

W pierwszej edycji Gdańsk Maraton biegł mój i Artura przyjaciel Kamil. Byłam dumna z tego, że znam tak wytrwałego biegacza jak on. W końcu wkroczył do rodziny Maratończyków. W głębi serca zazdrościłam mu tego, ale to była zazdrość dobra, o ile można tak ją nazwać. Kamilu, jeśli czytasz to co tu piszę. To wiedz, że byłeś kolejnym z powodów, przez które zostałam zainspirowana wystartowaniem w maratonie, za co z całego serca Ci dziękuję. 

Kolejnym powodem, dla którego chciałam wystartować było to, że chciałam udowodnić sobie, że jeśli tylko chcę to potrafię. Nie bez powodu słyszy się często powiedzenie, że CHCIEĆ TO MÓC. Czułam potrzebę podniesienia rękawicy, na znak podjęcia się wyzwania. Dlatego też powiedziałam wszystkim, że chcę zostać MARATONKĄ. To określenie jest dla mnie tak wyjątkowe, że kiedy tylko wymawiam to słowo czuję niesamowite podekscytowanie i dumę. 

Jestem osobą, która lubi stawiać sobie konkretne cele. Wyznaczam sobie zadania i je realizuję. Bardzo często określam sobie czas, w jakim mam coś zrobić i staram się z tym wyrobić. Tak też było w przypadku maratonu. Wiedziałam, że mam około roku. Miałam cel i każdy dzień przybliżał mnie do jego realizacji. To niesamowite, bo naprawdę lubię odliczać dni do wyznaczonych dat. W domu nawet na lodówce, gdzie zazwyczaj wisi tylko nasza kolekcja magnesów wisiała ulotka odnośnie mojego maratonu. Tak każdego dnia przypominałam sobie dokąd zmierzam. 

Wydaje mi się, że debiut w maratonie dla każdego biegacza to kulminacyjny punkt w życiu biegacza. Chciałam to przeżyć na własnej skórze. Chciałam poczuć się wyjątkowo. Czułam, że to odpowiedni moment, by spróbować. Często słyszałam, że od 30 km podczas maratonu biegnie się głową i sercem. Słuchać to jedno, spróbować to drugie. Ja chciałam spróbować i udało mi się. 

Cel to pierwsze co jasno określiłam. Kolejna sprawa to realizacja. Możemy mówić sobie: zrobię życiówkę na 10km, ale co z tego jeśli nie włączysz w to odpowiedniego przygotowania do tego, by ZDROWO, podkreślam ZDROWO to zrobić. Ja od czerwca zwiększałam kilometraż budując w sobie wytrzymałość. W lipcu i sierpniu biegałam sporo i jeździłam na rowerze, mimo tego że pracowałam w Irlandii znajdywałam czas na dni swoich wybiegań. Nie miałam jeszcze planu treningowego. Po prostu biegałam. We wrześniu po powrocie z Irlandii zaczęłam zastanawiać się nad wprowadzeniem odpowiedniego planu, by przebiec, a nie dobiec. A to według mnie spora różnica. W wakacje czytałam wiele biegowych stron, blogów oraz książek, gdzie dowiadywałam się wielu pożytecznych rad odnośnie startu w maratonie. Dowiedziałam się, że plan treningowy przed maratonem najlepiej rozpocząć pół roku przed startem. Tak też zrobiłam. 

Skąd miałam plan? Ściągnęłam ze strony polskabiega.pl. Oceniłam, że z moich czasów na półmaraton mogę narzucić sobie plan treningowy do maratonu na 3 godziny 30 minut. Z góry wiedziałam, że to kosmiczny pomysł i że od razu na pewno nie zrobię takiego debiutu. Myślałam, że i tak sporym sukcesem będzie to jeśli przebiegnę maraton niżej 4 godzin. Jak widzisz biegałam zgodnie z planem przez pół roku, nie odpuszczałam ani jednego treningu. I powiem Ci, że przychodziło mi to z ogromną radością. Cieszyłam się na każdy trening. A jak czułam, że nogi mogą więcej to euforii tylko przybywało. 

W styczniu postanowiłam napisać do Lelci i Piotra, by wspomóc się treningami odpowiednimi na siłowni. I tak idąc za ciosem podjęłam kolejną kluczową decyzję, rozpoczęłam współpracę z najcudowniejszymi trenerami. Zaplecze dietetyczne plus treningowe w 100% zapewnione. Czułam się lepiej z myślą, że mam "plecy"- wsparcie z ich strony. Do tej pory jestem pod opieką Eweliny i Piotra i nie zamieniłabym ich na nikogo innego. Czułam, że z ich pomocą dopięłam wszystko na ostatni guzik. Od lutego chodziłam 3 razy w tygodniu na siłownię, gdzie miałam treningi personalne z Piotrem, który pomagał mi w korygowaniu moich wad postawy, rozluźnianiu moich pospinanych mięśni i rozwoju pod kątem biegu. Wszystko dla mojego dobra. Widzę niesamowity wpływ treningów uzupełniających na siłowni w życiu biegacza. Komfort biegu jest zdecydowanie lepszy, staram się już biegać nie jak typowy Janusz biegania, a osoba, która jest świadoma każdego swojego ruchu podczas biegu. Dynamika biegu uległa poprawie i postawa podczas biegu. Może nie jest jeszcze idealnie, ale wszystko idzie w dobrą stronę. Jestem pewna, że jeśli będę dalej tak się przykładać z czasem naprawdę będzie widać po mnie, że jestem biegaczką i kocham to co robię. 

Przed startem wraz z pomocą Eweliny i Piotra zrobiliśmy przemyślane ładowanie węglowodanów, dzięki któremu przebiegłam maraton nie czując ściany, o której wielu maratończyków mówi. Wiedziałam co pić na którym kilometrze. Byłam naprawdę świadoma tego, co mnie czeka i co mam robić podczas startu. 

Dopięłam to! Okres przygotowania do maratonu uważam za jeden z cudowniejszych w moim życiu. Biegałam w konkretnym celu. Trenowałam w konkretnym celu. Odliczałam dni do startu. Byłam świadoma tego co chcę zrobić. Jednak nie chciałam, by mój organizm oberwał na tym, dlatego wybrałam zdrową ścieżkę, przez którą zmierzałam dzień po dniu do startu. 

O tym jak przebiegłam maraton i co czułam, oraz chwile z maratonu, które na pewno zapamiętam do końca życia opiszę w kolejnym rozdziale. Jesteście ciekawi co było dalej?

Do spisania! :)

Wasza Pauli 

NOWA JA


Jeśli jesteś ze mną na bierząco i czytasz moje posty na instagramie to wiesz, że jestem aktualnie wyrwaną ze swojego życia Pauliną, która tęskni za swoim dotychczasowym życiem. Niedawno skończył się etap matur ( o którym na pewno napiszę kolejny post), a zaraz po nim przyszedł czas na operację związaną z moją wadą zgryzu- progenią. Wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że na miesiąc zostałam zamknięta w klatce i nie mogę być już tak aktywna jak wcześniej. Nie mogę biegać, ćwiczyć te 30 dni to czas poświęcony pełnej rekonwalescencji. 

Powiedzmy, że mam 30 DNIOWY POST BIEGOWY. 



Dzień, w którym kładłam się do szpitala, był chyba jednym z gorszych dni jakie czekały na mnie od kilku dobrych lat, kiedy to podjęłam decyzję o korygowaniu wady zgryzu i oddanie się w ręce odpowiednich specjalistów. Dlaczego to zrobiłam? Od czasów małej Pauli zmagam się z trudnością jedzenia, wymawiania pewnych słów, ograniczonymi ruchami żuchwy i pogłębianiu się wady zgryzu. Nawet ciężej mi się oddychało. Progenia przyczyniała się również do częstych bóli żołądka, ponieważ nie mogłam gryźć wielu rzeczy, przez co zazwyczaj moje kęsy były większe niż normalnie, na dodatek nie były odpowiednio zmiażdżone, byłam narażona na wrzody żołądka. Na dodatek mój pełny uśmiech nie wyglądał za pięknie. Zauważ, że nie mam zdjęć, gdzie widać mój pełny uśmiech. Zazwyczaj gdy uśmiechałam się widać było zęby górne, dolne były dobrze zakryte. Estetka jednak była najmniejszym powodem do tego, by przejść tak skomplikowane leczenie, w którym czekał mnie zabieg w pełnej narkozie. Przyszedł jednak ten dzień i z perspektywy już tych dwóch tygodni nie żałuję. Jestem pewna, że jak wrócę do normalnego życia, będę mogła zasmakować go z w pełni sprawnym zgryzem. Aż sama jestem ciekawa jak to jest normalnie ugryźć kawałek pizzy, kanapkę. Do tej pory naprawdę było mi to szalenie obce. 


Operację miałam 22 maja 2017 roku, był to poniedziałek. Bałam się strasznie. Do tej pory pamiętam moment jak miłe panie pielęgniarki wiozły mnie na salę operacyjną, a ja przerażona machałam Arturowi i Mamie na "do zobaczenia za kilka godzin". Bałam się tego co to będzie, jak zmieni się moje życie zaraz po wybudzeniu mnie z narkozy i wywiezieniu z szali operacyjnej jako NOWA JA. Pamiętam jeszcze jak zaopiekowano się mną na sali operacyjnej, wszyscy byli mili, doktor przed moim "odlotem" do krainy snów podszedł do mnie i powiedział, że wszystko będzie dobrze. A pielęgniarki dookoła zapewniały, że operują mnie rewelacyjni specjaliści. Zaraz potem odleciałam i obudziłam się z okropnie suchością w gardle, tak strasznie chciało mi się pić, dookoła słyszałam "Ale będziesz miała piękny zgryz, zobaczysz efekt będzie niesamowity, lekarze odwalili kawał dobrej roboty." Do sali, w której mnie położono zaraz pojawiła się Mama i Artur, którzy również mówili, że wszystko będzie dobrze. 


Kolejne godziny, do momentu wyjścia ze szpitala nie należały do najprzyjemniejszych. Do tej pory mam trudności ze spaniem. W szpitalu nie potrafiłam spać, mimo tego, że byłam naprawdę zmęczona. Od rana do wieczora przy moim łóżku czuwała Mama, która na tę okazję specjalnie zleciała z Irlandii do domu. Czułam niesamowite wsparcie z jej strony, ale również Wasze. Czytałam komentarze pod zdjęciami ze łzami w oczach. Zaopatrzyłam się w kilka książek, które pochłonęłam w krótkim czasie. Nic tak nie pomaga zapomnieć o bólu jak dobra książka. 
W środę po 14 dostałam wypis ze szpitala. Moment, w którym wyszłam na podwórko i pierwszy ciężki wdech pamiętam jakby to było teraz. Tak bardzo cieszyłam się, że pierwszy etap tej ciężkiej historii już za mną. Opuchlizna podczas pobytu w szpitalu osiągnęła poziom najbardziej zaawansowany, nie mogłam na siebie patrzeć. Tak bardzo nie mogłam przyzwyczaić się do siebie z twarzą, możesz się zacząć już śmiać, jak toster. Jednak wraz z wypisem dostałam porcję nadziei od lekarza, że teraz już z dnia na dzień opuchlizna będzie schodzić i będzie tylko lepiej i lepiej. Do zobaczenia za dwa tygodnie! 


W związku z tym, że wewnątrz buzi mam wiele szwów, oraz zagumkowane tak zęby, że nie mogę otwierać buzi, moja dieta na razie jest płynna. Jem naprawdę mało, jestem na silnych lekach przeciwbólowych, ale coś za coś. Wszystko tylko i wyłącznie dlatego, by za jakiś czas cieszyć się w pełni sprawnym życiem. Nie mogę biegać, oraz wystawiać się na Słońce. Dlatego wczesnym rankiem z moim najwierniejszym Bryanem wychodzimy na długie spacery, gdzie delektuję się świeżym powietrzem i widokami jakie nas otaczają. W ciągu dnia znajduję sobie obowiązki domowe, gotuję dla domowników, sprzątam w szafach, segreguję, piekę ciasta, czytam książki, obejrzałam nawet cały sezon "13 reasons why". Staram się tak zapełnić czas, by się nie nudzić. Wieczorami jak nie jest już tak ciepło wychodzę na drugi spacer z moim kompanem. Dziennie potrafimy zrobić grubo ponad 20 tysięcy kroków, czyli norma moja dzienna jest zawsze wyrabiana nawet bez biegania. I powiem Ci, że jestem z tego dumna, że tak się trzymam. 




Czuję, że z dnia na dzień jest lepiej. Jestem już okropnie stęskniona za moimi biegami, za poranną porcją szybkiego kardio, tęsknię za interwałami, podbiegami, treningami wytrzymałościowymi, rowerem oraz siłownią i treningami z Piotrem. Teraz uświadamiam sobie, że już bliżej niż dalej. Najgorsze za mną, a najlepsze przede mną.


Nowa ja wracam do Was. Blog jak widzicie zmienił się, na facebooku jest fp, na który również zapraszam i snapchat, gdzie pokazuję jak wygląda moje życie. Dziękuję, że jesteś! 

PKO Poznań Półmaraton

Hej! Przywitam się do po tak długiej przerwie. Mam nadzieję, że jesteś tu dalej zemną. Obiecuję, że już nigdy na tak długo nie przestanę pisać. Tyle czasu minęło, kilka półmaratonów za mną, oraz MARATON - ale o tym to napiszę kolejny post. 

W tym roku, aby tradycji stało się zadość, nie mogło mnie zabraknąć na półmaratonie w Poznaniu. 
PKO Poznań Półmaraton odbył się 26 marca 2017 roku. Już od dawna miałam zaznaczoną tą datę w kalendarzu i wiedziałam, że po prostu muszę tam być. Muszę, ale i też chcę.

Dlaczego? W zeszłym roku pojechałam tam specjalnie, by towarzyszyć Martynce podczas jej debiutanckiej połówki. Chciałam, by ta chwila dla niej była równie piękna jak mój pierwszy półmaraton w Gdyni. Najlepsze w tym wszystkim było to, że Martyny nigdy wcześniej nie widziałam. Znałyśmy się jedynie z kont na instagramie. Wymieniałyśmy się wiadomościami i to właśnie tam nawiązałyśmy wspólną nić przyjaźni. I teraz niech nikt mi nie mówi, że w dzisiejszej dobie internetu nie ma ludzi szczerych! Są! Trzeba tylko umiejętnie szukać. 


Ale wróćmy do tegorocznego półmaratonu... 
Półmaraton miał być w niedzielę, dlatego w sobotę pod wieczór z Arturem wsieliśmy w pociąg jadący z Gdyni Głównej do Poznania. Na miejscu odebrała nas Martynka z Jackiem i jego bratem, który również miał następnego dnia startować. Zostaliśmy ugoszczeni własnoręcznie robioną przez Jacka pizzą, oraz przepyszną tartą. To było niebo! Oczywiście nie potrafiliśmy wcześniej położyć się spać, emocje sięgały zenitu, a my tak długo się nie widzieliśmy. Jednak trzeba było sięgnąć po rozsądek- przecież jutro biegniemy nie byle jaki półmaraton.


Dzień startu! 
Wstaliśmy o 7 rano, szybko wcisnęliśmy porcję bananów i ruszyliśmy na start. Artur z Jackiem mieli za zadanie złapać nas gdzieś podczas biegu, by strzelić nam pamiątkową fotkę- więc mieli również bardzo poważne zadanie. Ja, Martynka i Wojtek rozdzieliliśmy się i poszliśmy na swoje strefy startowe. Ja mimo wszystko wiedziałam, że ten półmaraton to nie jest czas na życiówkę, ponieważ za dwa tygodnie miałam biec swój pierwszy maraton, wolałam trochę się oszczędzić. Sam start i trasę uważam za ciekawą. Dwa podbiegi wg mnie w miarę znośne, no i wszędzie tłumy kibiców! Naprawdę Poznań może się szczycić swoimi kibicami, bo dają radę!

Co do pogody to nie spodziewałam się, że będzie aż tak ciepło. Startowaliśmy o 9 rano, a już od 10 czuć było, że promienie słoneczne, chcą tylko pokrzyżować nam plany, by dobiec w miarę na siłach. Dało się je odczuć, ale tego nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć. 

Punkty odżywcze i woda była bardzo często, co sprawiło, że biegło się naprawdę komfortowo. Bez obaw o to, że w chwilach kryzysu zabraknie nam energii. PKO - spisaliście się na medal. 



Czas na metę! I tu zapiera mi dech w piersiach, jak tylko przypomnę sobie, że niespodziewanie meta była w środku. I nie była ona byle jaka. To chyba jedna z najpiękniejszych met na jakie mogłam na razie wbiegać. Targi Poznańskie i wnętrze z czerwonym dywanem, oświetleniem sprawiało, że każdy mógł poczuć się jak zwycięzca. Muzyka, doping, ekrany z ciekawymi wideo. Po prostu rewelacja! Nie spodziewałam się takiego szału i do tej pory wspominam moment przekroczenia poznańskiej mety. Mam nadzieję, że w następnym roku również będzie mi dane być finisherką tego półmaratonu. 

Medal? Elegancki, ciężki i dość spory, czyli taki jak lubię. Każdy po odebraniu medalu dostał również pamiątkową różę, oraz mógł posilić się przygotowanymi owocami, izotonikiem lub wodą. Dla wszystkich wystarczyło. 

Mój czas? 1:40:09 nie jest źle, ale to nie był bieg na 100% możliwości. Czas na życiówki jest przeznaczony na inne półmaratony. A tych w planach jeszcze wiele. 


Wasza Pauli




ONICO Gdynia Półmaraton

Sezon 2017 i pierwszy start w półmaratonie padł na jak zwykle niezawodną Gdynię. Chcesz wiedzieć   coś więcej? Opowiem Ci! 

19.03.2017 - wyjątkowa data! W momencie pierwszego ogłoszenia, że półmaraton w Gdyni odbędzie się w marcu wiedziałam, że muszę w nim wystartować. To idealny czas, by sprawdzić, czy treningi podczas sezonu zimowego przyniosły oczekiwane rezultaty. Dodatkowym plusem tego półmaratonu było to, że wliczał się on do Korony Polskich Półmaratonów, co dodało jeszcze większej ekscytacji do myśli o samym starcie. 

Mieszkam 20km od Gdyni i nie wyobrażałam sobie żeby mogło mnie zabraknąć na tak wyjątkowym biegu. Z resztą swój pierwszy oficjalny półmaraton przebiegłam właśnie tam, dokładnie rok temu. Wtedy ukończyłam go w czasie 1:56:57. Pamiętam jaka byłam szczęśliwa, pierwszy półmaraton i to niżej dwóch godzin. Aby tradycji stało się zadość pobiegłam i w tym roku. 

A tutaj moje pamiątkowe zdjęcie z zeszłorocznego półmaratonu: 


Ale dziś mowa o tegorocznym półmaratonie. Dzień wcześniej odebrałam pakiet, odbiór pakietów znajdował się w Gdynia Arena, gdzie nie tylko można było odebrać swój numer startowy i koszulkę, ale również "strzelić" sobie fotkę, przebiec dodatkowe kilometry na bieżni, przeznaczone na cele charytatywne, oraz pooglądać co fajnego dla biegaczy jest na stanowiskach, gdzie można było coś kupić. 

Pakiet startowy zawierał numer startowy, pamiątkowy plecak z napisem Onico Gdynia Półmaraton, oraz kilka broszur o Gdyni i kolejnych ciekawych biegach. Niestety nie było tam koszulki zaprojektowanej od New Balance. Jednak istniała możliwość dokupienia jej przy zakupie pakietu. Ja nie mogłam sobie tego odmówić, uwielbiam koszulki biegowe, to kolejna z pięknych pamiątek jakie zostają po każdym z nich. 


Na hali widowiskowo sportowej miałam okazję spotkać się z jedną z moich instagramowych motywatorek, które mnie inspirują. Małgorzata Kotowicz to cudowna młoda kobieta, naprawdę. Byłam przeszczęśliwa, że mogłam z nią porozmawiać, przytulić i podziękować za to, że każdego dnia jest inspiracją i motywacją dla mojej osobie. Jeśli to czytasz Gosiu - to jeszcze raz dziękuję za spotkanie i mam nadzieję, że nie raz pobiegniemy jeszcze razem! 

Pod wieczór zgodnie z zaleceniami mojego trenera wsunęłam dodatkową porcję makaronu i położyłam się spać, by rano z naładowanym glikogenem w mięśniach biec na życiówkę. Rano stresowałam się bardzo, jak przed każdym biegiem. Nie byłam pewna, czy dam radę. Na dodatek pogoda nie była łaskawa, wiało, słoneczko chowało się za chmury, a stres im bliżej do startu- narastał. Na szczęście był przy mnie mój najwierniejszy kibic- Artur. Razem dojechaliśmy do Gdyni, znalazłam swoją strefę startową B1. I podekscytowana z około 6 000 biegaczy, ruszyłam na podbój Gdyni. 




Pierwsze kilometry i od razu starcie z podbiegiem - ulica Świętojańska. Jednak mówiąc szczerze, nawet się nie obejrzałam, a pierwszy podbieg miałam za sobą i to w nienagannym tempie. Kolejne kilometry w kierunku Gdynia Arena i stadionu Arki, oraz pierwsze mijanki z prowadzącymi biegaczami. Zawsze jestem pod wrażeniem, gdy mijam tych rekordzistów, podziwiam ich z całego serca. Gdy tylko biegł Polak lub Polka z prowadzących klaskałam im, krzycząc "Brawo!!!" . Zasługiwali na to! 


Pierwsza dycha (10km) zaraz przy dworcu Głównym w Gdyni, spojrzałam na zegarek i widziałam, że zeszłam poniżej 45 minut (co było moją dotychczasową życiówką) i tu poczułam tak zwany "wiatr w żaglach" czułam, że mogę więcej. Biegłam dalej, kolejny podbieg w stronę Estakady Eugeniusza Kwiatkowskiego dało się odczuć, ale to nie koniec... będzie jeszcze kolejny- pomyślałam. I tak dobiegliśmy do kolejnego zdobycia Świętojańskiej. W połowie drogi czekał tam na mnie Artur. Przybiłam mu piątkę i biegłam dalej. Takie momenty są najcudowniejsze podczas biegu. Naprawdę, spotkanie na trasie bliskich osób dodaje Ci sto razy więcej energii. Dzięki temu na kilometrowym podbiegu nie zwolniłam, a dałam z siebie wszystko. Dziękuję Arturze, że zawsze jesteś ze mną! 

Zbieg i Bulwar Nadmorski w Gdyni. Lepszego miejsca na finish nie można sobie wymarzyć. Widok morskich krajobrazów zawsze zapiera mi dech w piersiach. Uczucie nie do opisania, coś fenomenalnego. 

Ostatni kilometr był dla mnie punktem kulminacyjnym, czułam, że naprawdę daję z siebie 120%, ale dobiegłam! 

Czas 1:36:34 !!!


Na mecie czekał na mnie Artur z bluzą w pogotowiu, odebrałam medal i wyczekiwałam jeszcze wbiegającej Gosi, która dobiegła kilkanaście minut po mnie. Chciałam koniecznie przybić jej piątkę, zrobić pamiątkowe zdjęcie i jeszcze chwilę porozmawiać. Udało się! 

Godzinę później wracaliśmy do domu, a ja z niedowierzaniem przyglądałam się swojemu kolejnemu medalowi, wspominając jak było cudownie. 

Organizacja biegu - ekstra, trasa- rewelacja. A wspomnienia- pierwsza klasa. Czy można chcieć więcej? 

Wasza Pauli


Instagram

Paulina Zaborowska
Gdańsk, Polska

Wyślij mi wiadomość

Blogger templates